poniedziałek, 7 września 2015

Prolog

TOM I
R A J J E S T D A L E K O


Pukle jej jasnych włosów opadały na ramę okienną, a z jej błękitnych, jak niebo, oczu, po policzkach, ciekły łzy, które z impetem opadały na sam dół, wprost na kamienną uliczkę. Tam właśnie, na jednym z powozów z sianem dla koni, leżał nieprzytomny, jakby martwy, jej ukochany. Nie widziała go dokładnie, jednak mogła by przysiąść, że jego ciało nie unosiło się, co oznaczało jedno – nie żył. Wpatrywała się w niego, krzycząc głośno, wrzeszcząc chorobliwie, z przerażeniem, jednak czuła się tak, jakby to nie z niej te dźwięki wychodziły. Krzyki innych również nie docierały do niej, pozwoliła nawet, aby dłoń tego złego spoczęła na jej ramieniu. Czuła się jakby była zupełnie gdzie indziej, towarzyszyła jej myśl, że to tylko okropny sen. Pragnęła tego tak bardzo. Jednak nic tu koszmarem nie było, a najprawdziwszą prawdą.

Szeryf Nottingham, cały zakrwawiony, lecz przy życiu, stał obok niej głośno dysząc i wpatrując się w ciało Robina, jakby z satysfakcją. Nie obchodziły go uczucia Marion względem mężczyzny, którego właśnie pokonał, skazując go na upadek z dwóch pięter. Nie obchodziło go nic, co dotyczyło jakichkolwiek ludzkich uczuć. Nic, oprócz chęci władzy, którą posiadał już od dawna, a teraz jego marzenia mogły się spełnić. Miał żonę, a niedługo, za pewne, potomka, wróg skonał, nikt nie stał mu więc na drodze do upragnionego szczęścia. To wszystko było jego. Mógł być spokojny.

Starał się uspokoić oddech, jednak na marne, wciąż ciężko oddychał, a z jego licznych ran, krew potężnie się lała. Czuł się jakby zaraz miał opaść na podłogę, lecz wrzaski lady Marion mocno trzymały go przytomnego. Zacisnął mocniej uścisk na jej ramieniu, czując, że zaraz straci równowagę i runie na zimną, kamienną posadzkę. Wtedy też, kobieta odwróciła się w jego stronę i, widząc właśnie jego, jakby się przestraszyła i ruszyła biegiem w kierunku drzwi wyjściowych. Szeryf opadł na podłogę, osuwając się po ścianie, a w tym samym momencie do pomieszczenia wpadli, całe szczęście, jego ludzie, którzy ostatecznie powstrzymali świeżo upieczoną panią Rainault przed ucieczką.

Pomimo tego całego bólu, miał ochotę się zaśmiać, tak gorzko.

Tak okrutnie.


Dzień dobry.
Chciałabym powitać wszystkich na tym o to tworze, który jest kompletną pomyłką, za pewne, ale czego nie robi się, kiedy ma się dobry pomysł? Robi się wszystko, w szczególności jak Cię dusi i każe pisać. 
I na tym skończmy nasze zbędne powitania, Koty, i lećmy z tym koksem! Zapraszam, bardzo, do komentowania, bo to naprawdę potrzebne. Mi, takie zbawienne.
Więc...?
Coco Jambo i do przodu!
Szablon autorstwa StrayHeart z unfaithful-heaven